



Odkryj tajemnice terapeuty, dlaczego zajął się pomaganiem, co czuje i myśli podczas sesji oraz co tak naprawdę do Ciebie mówi?
Siedzimy w gabinecie, terapeutka naprzeciwko i zastanawiamy się, co właściwie dzieje się po tamtej stronie? Jesteśmy w tym razem – wrażliwcy, ludzie skomplikowani emocjonalnie i ci, którzy postanowili dekodować nasze wewnętrzne, chaotyczne, czasami mroczne obrazy.
W terapii dialektyczno-behawioralnej relacja terapeutyczna jest jak taniec – czasami prowadzi psycholog, czasami pacjent, a czasami obydwoje zastygamy w dziwacznej pozie zastanawiając się, kto powinien wykonać następny ruch. Wszyscy stoimy na tym samym polu niepewności, gdzie każdy krok może prowadzić do światła albo w głębszą ciemność, przepaść nawet.
Jest w tym coś bardzo ludzkiego – to nasze wspólne doświadczenie. Jedni pędzą przez życie jak sprinterzy, inni robią maraton, jeszcze inni stoją sparaliżowani przed każdą decyzją jak nastolatek w pierwszym dniu liceum. Niektórzy trzymają się innych, mocno, desperacko, a inni odpychają każdą wyciągniętą dłoń.
I gdzieś pomiędzy tym wszystkim, w gabinecie psychologa, spotykają się dwie osoby – jedna szukająca pomocy, druga ją oferująca – obie tak samo ludzkie, tak samo niedoskonałe

Część z Was być może powie:
do cholery nie chcę się z kimś niedoskonałym spotykać, chcę kogoś kto naprawdę ogarnia.
OK, to teraz pomyślmy. Nawet załóżmy, że istnieją tacy ogarniacze idealni i nawet załóżmy, że poszli na psychologię powiedz, jak mieliby pomóc? Czy sądzisz, że osoba, która po „prostu ogarnia” nauczy cię jak wyjść z matni, skoro nigdy w niej nie była?
Czyli np. osoba z natury oszczędna, co ona właściwie może wiedzieć o oszczędzaniu? Czy wie, jak to jest dostać obsesji na punkcie nowych jeansów? albo jak to jest, kiedy obiecujesz sobie, że w tym miesiącu odłożysz w końcu 2% z pensji co obiecujesz sobie od 10 lat…
no ale wyszło jak zwykle…
Co taka osoba może powiedzieć? No weź się w garść i oszczędzaj, albo wersja łagodniejsza, przykro mi, że nie potrafisz planować budżetu, zbierać paragonów, myśleć o przyszłości, odmawiać sobie przyjemności… ja to po prostu potrafię, od zawsze…
No więc siadasz w tym fotelu i mówisz, że właściwie to nie wiesz, po co miałabyś jutro się zwlec z łóżka, że masz już dość, że jesteś zakładnikiem własnego życia. Na to psycholog patrzy z prawdziwym zrozumieniem i mówi: no wiem… to naprawdę przechlapane… Mówi to takim głosem, że czujesz, że wie, jak to jest leżeć o 4 nad ranem na zimnych kafelkach w łazience i zastanawiać się nad tym, jaki to ma sens. To dobrze czy źle? Cóż Jung uważał że znakomicie, powiedział:
Only the wounded physician heals… and then only to the extent he has healed himself.
czyli:
Tylko zraniony lekarz leczy… i to tylko w takim stopniu, w jakim sam się wyleczył.
Dawno, dawno temu – zanim Freud zapuścił brodę i zwalił wszystko na nasze matki, zanim dotarliśmy do momentu, w którym ludzie rozkładają swoje traumy na wykopie szybciej, niż można powiedzieć „nie leczę się, ale oglądam dużo o psychologii na TikToku” – żył Chiron.
Wprawdzie nie jednorożec, ale blisko, bo uduchowiony centaur. Nie upijał się w kółko winem i nie realizował w podwórkowych (raczej leśnych) bijatykach. Chiron leczył. Dawał mądre rady. Uczył herosów i bogów, jak nie umierać z głupoty. Ten człowiekokoń miał od początku przesrane. Jego matka, pretensjonalna nimfa Philyra, jak zobaczyła, co urodziła, odwróciła zniesmaczona wzrok i powiedziała: nie no, tylko nie to, nie, dzięki… i się zmyła. Wtedy znikąd pojawił się Apollo i zrobił z niego genialnego doktora House’a tylko bez uzależnienia. Ale wiecie, to są te odjechane greckie historyjki, więc

Jak tylko Chiron zaczął być popularny, to sru i (tak, dzięki Herkules) zarobił zatrutą strzałę i nic nie dało się z tym zrobić. To jednak jest jeszcze za delikatnie, otóż kolejny twist, on jest nieśmiertelny! Nie może umrzeć i czuje ból non stop.
Tak więc uzdrowiciel, który nie potrafił pomóc sobie. Kilkanaście wieków później dowiaduje się o nim Jung. A Jung, jak to Jung, klasnął w dłonie, zajodłował i krzyknął: No dokładnie, o to właśnie chodzi, doskonała metafora na skutecznego terapeutę.
Co na to nauka? Badania Victora i współpracowników (2022) nie pozostawiają złudzeń – wśród 1692 terapeutów, psychologów klinicznych, doradców i stażystów:

✔ Ponad 80% miało w swoim życiu trudności ze zdrowiem psychicznym.
✔ 48% miało formalnie zdiagnozowane zaburzenie psychiczne.
✔ Najczęstsze problemy to depresja, lęk i myśli samobójcze.
Badanie ankietowe z 2024 roku wykazało, że trauma i trudności psychiczne są istotnym czynnikiem motywującym do wyboru zawodu terapeuty dla 73,9%. Wykorzystanie własnych ran jako narzędzia terapeutycznego zgłaszało 69% respondentów (Źródło: The Green Rooms, “Wounded Healer – Research for Counsellors and Psychotherapists”, dostęp przez Web Archive, 2025).

Czy doświadczenie bólu sprawia, że terapeuta jest lepszy? Często wymieniane pozytywne efekty obejmują lepszą empatię wobec pacjentów, głębsze zrozumienie własnych trudnych doświadczeń, większą świadomość tego, jak wymagająca może być terapia, zwiększoną tolerancję i cierpliwość wobec wolno postępującego procesu oraz silniejszą wiarę w skuteczność terapii.

Niektórzy słynni psychologowie, tacy jak:
Wszyscy wymienieni terapeuci podkreślali, że ich badania i teorie zostały znacząco wzbogacone właśnie przez to, że sami doświadczyli problemów emocjonalnych. Ponadto badania wskazują, że 95% terapeutów po doświadczeniach z chorobą psychiczną nie odczuwało negatywnego wpływu tych trudności na pracę. Ba! Wielu z nich twierdziło, że to wręcz uczyniło ich lepszymi w empatycznym podejściu do pacjentów (Victor et al., 2022).
To w sumie dziwne, że w terapii uzależnień przeszłe doświadczenia są w sumie standardem, a w innych problemach nagle staje się to tematem tabu. Badania Millsa i in. (2020) pokazują, że terapeuci uzależnień, którzy sami walczyli z nałogiem, częściej budzą zaufanie pacjentów i generują lepsze wyniki w terapii. Istnieje widoczny gołym okiem efekt „jeśli on to dał radę, ja też mogę”. Dlaczego więc nagle boimy się, że terapeuta, który miał depresję, ma takie ukryte rany, które okażą się zaraźliwe i wpłyną na jego pracę? Każdy terapeuta ma mieć superwizję i odpowiednie narzędzia, by radzić sobie z emocjami.
Tak, jeśli:
Czy Jung miał rację? Pewnie tak. Czasami właśnie ten, kto sam kiedyś leżał w błocie, najlepiej wie, jak kogoś z niego wyciągnąć… O ile sam nie jest w nim po szyję. Bo ostatecznie nie chodzi o to, żeby być niezranionym. Chodzi o to, żeby wiedzieć, co z tym zrobić. Nie chodzi o to, by terapeuta nigdy nie cierpiał, ale o to, czy jego cierpienie stało się źródłem mądrości, a nie chaosem, który przypadkiem wylewa na innych. (Tak, Freud na to pewnie też miałby jakąś odpowiedź, ale oszczędźmy dzisiaj matki.)
Sprawdźmy, kogo byśmy wybrali:
Opcja 1: Terapeuta typu pączek w maśle: Zna teorię, ale jego najgorszy dzień to brak mleka do kawy. Nie okazuje emocji, analizuje rzeczowo, a właściwie stosuje intelektualizację.
Opcja 2: Straumatyzowany terapeuta, który ruminuje od 10 lat. Ma same blizny i zna drogę na drugą stronę lustra, sam ją przeszedł, pech tylko, że wciąż czasami się gubi. Cierpliwy, wyrozumiały, tylko nie zawsze odróżnia siebie od pacjenta.
Dlatego najlepsza jest opcja nr 3: Terapeuta, który przeżył dowolne gówno, ale wyciągnął wnioski i zbudował imperium na tych ruchomych kiedyś piaskach. Dobrze zna ból, a nawet cierpienie, ale nie daje mu się pochłonąć i ma kilka asów w rękawie, poza tym nie płacze razem z tobą, wie, jak pomóc, znajdzie w tym sens i jeszcze poda ci chusteczki.
No dobrze, to skoro ustaliliśmy, że terapeuci to też ludzie, to wyluzujmy na chwilę i przyjrzyjmy się temu dziwnemu słownikowi:
Co myślisz: Hmm, no bez przesady, tak od razu? a może? może faktycznie widzi mój ból?
Co ona naprawdę myśli: Widzę cię w całości. Twój ból to nie wymysł – to żywa, szczera prawda, która chce być zobaczona i uznana. W tym momencie stoimy razem na tym samym ciemnym polu, oboje świadomi przepaści, która czai się gdzieś na obrzeżach.
Co myślisz: banalna formułka współczucia.
Co ona naprawdę myśli: Twoje cierpienie to nie kolejny przypadek w moim kalendarzu, to wyjątkowa, twoja konstelacja cierpienia, która zasługuje na świadka. To jak ekskluzywny pokaz bardzo kosztownych fajerwerków. Spektakl smutku – mogę nie być w stanie go zatrzymać, ale mogę docenić jego tragiczne piękno i oglądać go z tobą.
Co myślisz: Próbuje mnie pocieszyć, czy użala się nademną?
Co ona naprawdę myśli: Gdyby współczucie miało materialną formę, byłoby mostem. Nie zasypie przepaści twojego bólu, ale da Ci przejście, choćby chwilowe. Wyobraź sobie, że jesteśmy w abstrakcyjnym skeczu, gdzie twoje problemy to nagła inwazja kosmitów. Wpadają do twojego życia z bronią masowej destrukcji. A ja, twoja terapeutka, jestem tym zdezorientowanym mieszkańcem, który zamiast uciekać, ufnie podchodzi do nich z wygniecioną kartką i krzywym napisem: Witajcie na Ziemi, rozumiem waszą kosmiczna frustrację.

Co myślisz: Przesadza, za dużo odemnie oczekuje. Uważa, że jestem mądrzejsza niż mi się wydaje.
Co ona naprawdę myśli: W każdym z nas jest wewnętrzny chór głosów. Niektóre drą się jak dzieciaki na koncercie rockowym, inne mówią bardzo cicho jak banda szpiegów śpiochów.
Twój mądry umysł to jak ten ostatni rozsądny i sprawiedliwy człowiek w filmie o końcu świata. On oczywiście ma plan ewakuacji, wszystko dawno przemyślał i serio wie, jak ratować. Niestety nie ma takiej siły przebicia jak podstarzały John, który startował na burmistrza. I tak wszyscy słuchają Johna, bo znają go z plakatów wyborczych i tylko on potrafi się sprzedać. Mądrego nikt nie słucha, bo wszyscy są zbyt zajęci paniką, no i Johnem. Inny przykład: zupełnie jak ten jeden neuron w twoim mózgu, który patrzy na resztę neuronów biegających w kółko z krzykiem i mówi: może jednak nie wysyłajmy tej wiadomości do ex o 3 nad ranem, co?
Co słyszysz: Znowu te umiejętności DBT, jakby były magiczną różdżką.
Co ona naprawdę myśli: umiejętności to nie Neo, który robi w Matrixie, co chce i jak chce. To bardziej narzędzia przetrwania. I wiemy na 100% (z nauki, jak i z własnego życia oraz praktyki), że naprawdę działają. Problem polega na tym, że kiedy najbardziej ich potrzebujesz, twój umysł przypomina starego turystę, który cierpi na zaniki pamięci i nie ma pojęcia, do czego służy ta dziwna końcówka w scyzoryku – czy to otwieracz do konserw, czy narzędzie do wydłubywania kamieni z kopyt górskich kóz. Jaką umiejętność możesz użyć? to mój sposób na powiedzenie: pamiętasz ten odcinek z ministerstwa dziwnych kroków, gdzie uczono cię chodzić inaczej? Może czas to wykorzystać, zamiast wciąż wpadać w te same problemy?
Co słyszysz: Gadam o tym od pół godziny! Ona w ogóle mnie słucha?
Co ona naprawdę myśli: Właśnie streściłeś 12 lat małżeństwa w czasie krótszym niż reklama Viagry. Poznaliśmy się, chajtnęliśmy, potem dzieci, problemy, rozwiedliśmy się. Serio? Tak, a Ojciec Chrzestny to film o takim tam rodzinnym biznesie. Daj mi coś! Nie mogę wywlekać ci za każdym razem flaków tylko po to, by cię lepiej poznać, a właściwie byś ty mógł poznać lepiej siebie. Boisz się, że jeśli powiesz więcej, twoja ex jakoś magicznie się o tym dowie? Może sądzisz, że inaczej na ciebie spojrzę? Rozumiem, że się może wstydzisz, nie nawykłeś do takich osobistych wynurzeń, rozumiem to, dlatego mam wielką cierpliwość i poczekam.
Co słyszysz: Jestem przewidywalna i nudna, pewnie ma dość moich debilnych historii.
Co ona naprawdę myśli: Wzorce to coś, co nas, terapeutów, kręci. To daje nam iluzję, że rozumiemy więcej niż ktoś, kto nie męczył się 5 lat na studiach psychologicznych. Poza tym wzorce, schematy, nawet przywiązanie to nie klątwy, to raczej ścieżki wydeptane w trawie – im częściej nimi chodzimy, tym bardziej stają się widoczne i wygodne. Wzorce przypominają fabułę klasycznego filmu „Dzień Świstaka”, gdzie bohater za każdym razem wpada w te same tarapaty.
Z jednej strony jest coś kojącego w tej przewidywalności – jak oglądanie po raz dwudziesty odcinka ulubionego serialu – z drugiej strony, czy nie byłoby fajnie, gdyby czasami życie zaskoczyło nas niespodziewanym, miejmy nadzieję pozytywnym, zwrotem akcji?

Co słyszysz: sztampowe psychologiczne pytanie, widać nie ma lepszego pomysłu.
Co ona naprawdę myśli: Emocje to nasz wewnętrzny kompas, który może nie zawsze wskazuje najprawdziwszą północ, ale zawsze mówi coś o tym, gdzie jesteśmy i co nam dolega. Kiedy pytam, jak się z tym czujesz? naprawdę próbuję skłonić cię do zaprzyjaźnienia się z twoimi emocjami. Tak wiem: intymne, niezręczne, zawstydzające, ale potencjalnie wyzwalające, a na pewno konstruktywne.
Tak, ja wiem, że większość ludzi zna 3 emocje: „dobrze”, „źle” i „do jasnej cholery, gdzie są moje klucze?”. Wiem też, że pytanie: Jak się czujesz?, może generować taką presję, jakbyś zdawał egzamin z własnej duszy, podczas kiedy średniowieczny kat wywleka twoje flaki. No ale co ja poradzę, skoro nazywanie emocji jest kluczem do ich regulowania? Nawet jeśli odpowiesz: Eee… Jest OK, to już coś, bo próbujesz. Życie to przecież głównie próbowanie robienia rzeczy, w których jesteśmy beznadziejni.
Co słyszysz: Próbuje mnie pocieszyć standardową formułką.
Co ona naprawdę myśli: Normalność to nie punkt na mapie, to raczej spektrum możliwości. Twoja reakcja albo jest kompletnie normalna ale ktoś ci usiłował wmówić że jesteś cyborgiem bez prawa do swoich uczuć. Druga opcja: Twoja reakcja jest tak normalna jak ekscentryczny wujek na rodzinnym obiedzie – może nie pasować do konwencjonalnych oczekiwań, ale jest całkowicie zrozumiała w kontekście tego, co przeżyłeś. Czyli nie chodzi o to że jesteś normalny w sztampowym tego słowa znaczeniu. To bardziej jak powiedzenie: no wiesz nie jesteś jedyny w tym kompletnym bałaganie zwanym życiem. Co w sumie jest pocieszeniem – takim trochę smutnym, ale zwykle jedynym możliwym.
Jesteśmy w tym razem – na tym ciemnym polu ludzkiego doświadczenia, gdzie każdy krok może prowadzić do przepaści, a każda ręka wyciągnięta w ciemność może znaleźć inną dłoń lub powietrze. Twoja terapeutka nie stoi na jakimś oświetlonym podium – ona też jest na tym polu, też czuje pod stopami nierówny grunt, też się potyka.

To w sumie też pocieszające, że wszyscy jesteśmy w tym samym sztormie. Pewnie nie w takich samych łodziach – niektórzy mają jachty, inni dryfują w wannach albo na drzwiach od szafy – ale wszyscy walczymy z podobnym chaosem.
Ta dziwna, asymetryczna relacja: ty siedzisz i wylewasz swoją duszę: mam wrażenie, że nic nie ma sensu, nic mnie nie cieszy, znalazłem się w egzystencjalnej czarnej dupie.
Psycholog patrzy, kiwa głową i mówi: rety, to słabo, a co czujesz?
Nie wiem kobieto, mówiłem tyle razy, że nie wiem. Chciałbyś odpowiedzieć, ale zaciskasz zęby i dukasz, hmm to pewnie wstyd? Tak?
To jednak jest coś niesamowitego, bo łatwiej jest powiedzieć: A weź się w garść! niż usiąść obok i powiedzieć: Tak, to pole jest przerażające. Też tu w sumie jestem. Może razem poszukamy, gdzie jest jakieś wyjście?
Tak naprawdę to głęboko ludzkie spotkanie. Czasami jedyna prawdziwa relacja, w której potrafimy pokazać siebie naprawdę.
Może właśnie dzięki temu jeszcze jakoś sobie radzimy – że czasami ktoś stanie obok i powie:
tak, rozumiem, widzę to. Widzę ciebie.
Czy nie tego szukamy? Kogoś, kto zobaczy nasze błędy i nie odwróci wzroku? Kogoś, kto pozna nasz strach przed przepaścią i stanie przy niej razem z nami? Tak naprawdę to większość z nas stoi niezgrabnie w jednym miejscu i mówi: co to za pole? Kto mnie tu w ogóle wsadził?

Terapeuci mają niby mapę, ale jednocześnie wiedzą, że ta mapa to tylko kredowy papier z elegancką czcionką gdzie jest napisane:
Nie wiem, człowieku, ale spróbuj iść w tamtym kierunku, sama tam szłam i doszłam prawie do światła.
Każdy z nas – każdy człowiek bez wyjątku – stara się najlepiej, jak potrafi. Twoja terapeutka też. I kiedy następnym razem zobaczysz ten specyficzny błysk w jej oku, ten moment autentycznego połączenia ponad zasadami i kontraktami – pamiętaj, że puszcza oko do waszego wspólnego doświadczenia bycia człowiekiem. I w tym właśnie momencie, w tej dziwnej przestrzeni gabinetu, nasza kondycja ludzka staje się bardziej znośna. Nie dlatego, że problemy znikają – ale dlatego, że nie jesteś już jedynym świadkiem tej tragikomedii. To jak obejrzeć absurdalną komedię z kimś, kto rozumie puentę tych wszystkich niezbyt śmiesznych żartów, które serwuje ci życie.
Świadomość, że ktoś dobrowolnie postanowił być w tym z tobą – że nie krzyczy:
O, Chryste, co za popaprana historia, to dla mnie za dużo, lecę, pa!, tylko wręcz kupił bilety na kolejne spektakle i w dodatku siedzi i dopytuje:
A co czułeś, gdy pomyślałeś, że cały twój świat jest ruiną? – to jest naprawdę coś.
To jak gdybyś wpadł do dziury i zamiast kogoś, kto mówi: No to niezły masz problem, znajduje się ktoś, kto mówi: ooo ciekawy ten dołek. Możemy tu trochę posiedzieć, zanim znajdziemy drabinę?
W gabinecie, przez godzinę w tygodniu, nie jesteś sam w ciemnościach. Masz towarzysza, który wprawdzie nie ma latarki, ale siedzi z tobą w ciemności i czasami mówi: Wiesz, ja też nic nie widzę, ale słyszę, że oddychasz, więc raczej obydwoje żyjemy.
I może właśnie też o to w tym chodzi – nie o to, by rozwiązać wszystkie problemy, ale zobaczyć je w innym świetle. Jak dobrze pójdzie z dystansem, który pozwala dostrzec tragizm i komizm naszego życia na tej dziwnej planecie.
Osobiście uważam, że to głęboko smutne i zarazem nieziemsko komiczne, że wszyscy jesteśmy na ciemnym polu, potykamy się o własne nogi, szukamy sensu w bezsensownym (bo przypadkowym) świecie, a do tego z całych sił udajemy, że doskonale wiemy, co robić, a na Insta wrzucamy jeszcze fotki, jak dobrze nam to wychodzi.


źródła:
Devendorf, A. (2021). Only human: Mental health difficulties among clinical, counseling, and school psychology faculty and trainees.
Jung, C. G. (1951). The wounded healer archetype. Princeton University Press.
Mills, H., Teesson, M., Ross, J., & Darke, S. (2020). Do shared experiences with addiction improve treatment outcomes? Journal of Substance Abuse Treatment, 113, 62-70.
Victor, S. E., Davis, J., Lambert, K., Kim, H. N., & Goldner, J. S. (2022). Therapist mental health history and its impact on therapeutic effectiveness. Clinical Psychology Review, 94, 102159.
Victor, S. E., et al. (2022). Mental health experiences of clinical psychology trainees and professionals: A survey study. Journal of Clinical Psychology, 78(4), 1012–1030.