



Wartość empatii, uprawomocnienia i przepraszania w relacji jest wciąż niedoceniana. Pobierz poradnik w pdfie.
Może Wam się wydam monotematyczna. Trudno. Jednak nie ma tygodnia żebym nie spotykała się z trucizną unieważniania emocji. Takie unieważnianie na tyle wyprowadza z równowagi, że jest groźne dla zdrowia osób wrażliwych.
Zapraszamy również na terapię par do naszego centrum DBT
Mówiliśmy ostatnio o uprawomocnieniu, które jest fundamentem relacji, ale szybko przypomnę:
Taka sytuacja: płaczesz, łzy lecą ci jak rzeka po policzkach, czujesz, że świat ci się zawalił, wtedy ktoś wyskakuje (intencje ma dobre) i mówi:
Nie płacz, nie warto!
Wtedy: TADAM! Natychmiast przestajesz płakać, świat znowu nabrał sensu, od razu wstajesz, zaczynasz tańczyć, wszyscy którzy przy tym byli również ruszają w tan za Tobą, Ty rzucasz się z wdzięcznością na szyję tego mędrca i mówisz: Oh dziękuję ci za twoje wsparcie, tak bardzo mi pomogłeś!

Byłam przy tym i nawet zrobiłam zdjęcie…
Sarkazm? No raczej.
Bo w tym scenariuszu nie dość, że świat Ci się zawalił to jeszcze spotykasz się z totalnym niezrozumieniem i możesz nawet odczuć wstyd, że w ogóle płaczesz. W takim dialogu zaraz możesz usłyszeć, że przesadzasz a poza tym spójrz na siebie – masz wszystko a to to tylko jakieś
halo? uwaga? tu ziemia! rozejrzyj się mędrcze czy widzisz tu pustynie, albo favele? nie? no patrz, niemożliwe, czyli jesteśmy w 1 świecie tak? to jakie mamy mieć niby problemy?
Naprawdę dzisiaj się ubawiłam czytając, że od czasów, kiedy Darwin w 1872 roku wydał Wyraz uczuć u człowieka i zwierząt to:
Emocje nie były już postrzegane jako dysfunkcyjne, w sensie czegoś, co należy odrzucić, kontrolować lub nawet pokonać, lecz jako coś funkcjonalnego i ostatecznie niezbędnego dla przetrwania gatunku
Kappas, 2002
Cóż Panie Kappas być może wśród ludzi nauki tak jest, ale mimo że minęło 150 lat wciąż uważamy, że emocje to coś prymitywnego czego należałoby się w sumie pozbyć. Podkreślam, że te umiejętności są dla każdego, ale zawsze trafią się uparci, którzy twierdzą, że ich emocje nie dotyczą (ciekawe czy bicie serca ich dotyczy…).
No dobrze, ale powiedzmy, że nie masz wyjścia, bo zadajesz się z osobą wrażliwą. Chcesz czy nie albo się nauczysz tych emocji albo czeka cię droga przez mękę. Więc emocja ma kilka funkcji (motywacja, informacja oraz komunikat). Skoro emocja to komunikat, to dopóki ktoś tego komunikatu nie usłyszy, będziemy nadawać coraz głośniej. Proste.
Przykład? Mówię ci: “Słuchaj, zaraz coś ci spadnie na głowę!”, a ty kompletnie to ignorujesz. No to zaczynam mówić głośniej, i jeszcze głośniej, aż w końcu wrzeszczę na całe gardło. Bo przecież zależy mi, żebyś zauważył! Z emocjami jest dokładnie tak samo.
Jeśli mówię, że coś mnie boli, a ty tego nie zauważasz, to powiem to głośniej, mocniej, bardziej dramatycznie – bo przecież chodzi o coś ważnego, o mnie, o moją duszę, która nie powinna być lekceważona.
A teraz uwaga – osoby wrażliwe mają tych emocjonalnych komunikatów tyle, że same nie nadążają z ich przyjmowaniem. I przez to może ci się wydawać, że skoro „ciągle coś”, to chyba jednak nie może być aż tak ważne. Błąd. Dopóki emocja nie zostanie zauważona, sygnały będą się tylko nasilać. Wyobraź sobie, że każdego dnia, kiedy otwierasz skrzynkę, wysypują ci się paczki listów, wszystkie z czerwonymi znaczkami.

napisami typu: ASAP, Do przemyślenia na cito, Mega Ważne, Pilne!!!
Mam jeszcze jedną metaforę dla Ciebie. No więc ignorowanie emocji osoby wrażliwej to jak:
Wyobraźmy sobie, że stoimy na brzegu rzeki, a woda zaczyna powoli wzbierać. Na początku to tylko delikatny szum, ledwo zauważalny. Ale z każdą chwilą poziom wody się podnosi, a my, zamiast reagować, stoimy z rękami w kieszeniach, udając, że wszystko jest w porządku. W końcu woda sięga nam do kolan, a my wciąż udajemy, że to tylko lekki deszcz.
Osoby wrażliwe są jak te rzeki – pełne emocji, nieustannie wzbierają, szukając ujścia. Może się wydawać, że ich emocje są zbyt intensywne, zbyt częste, ale tylko po części mamy rację. Z drugiej strony jest też tak, że są one po prostu bardziej świadome tego, co dzieje się w ich wnętrzu. Mają po prostu bardzo czuły wewnętrzny radar, który wychwytuje najdrobniejsze zmiany w emocjonalnym krajobrazie.

Co się dzieje, gdy te emocje nie zostają usłyszane? Trochę jakbyśmy stali na brzegu tej rzeki i udawali, że nie widzimy nadchodzącej powodzi. Ignorowanie emocji nie sprawi, że znikną. Wręcz przeciwnie, będą się kumulować, aż w końcu zaleją nas całkowicie.
Tutaj wkracza na scenę uprawomocnienie – magiczne słowo, które w psychologii oznacza uznanie i akceptację emocji drugiej osoby. To jakby powiedzieć: „Widzę, że ta rzeka wzbiera, i jestem tutaj, aby pomóc ci znaleźć sposób na poradzenie sobie z tym.” Uprawomocnienie nie sprawia, że emocje stają się silniejsze; ono po prostu pozwala im być, co paradoksalnie często prowadzi do ich uspokojenia.
Często obawiamy się, że przyznanie komuś prawa do odczuwania emocji sprawi, że te emocje staną się jeszcze bardziej przytłaczające. Ale to tak, jakbyśmy myśleli, że nazwanie powodzi powodzią sprawi, że woda zacznie wzbierać jeszcze szybciej. W rzeczywistości, kiedy przyznajemy, że powódź istnieje, możemy zacząć działać – budować tamy, ewakuować się, szukać schronienia.
To, czego nikt nas nie uczy, co często zaniedbujemy, to wielka moc prostego:
Te proste słowa niosą ze sobą zaklęcia:
uprawomocnienie jest magiczne, ale nie na tyle, że wszystkie problemy znikną. jest to pierwszy krok w kierunku zrozumienia i akceptacji – zarówno siebie, jak i innych. to jakbyśmy w końcu przyznali, że rzeki rzeczywiście istnieją, i zaczęli szukać sposobów na poradzenie sobie z nimi.
kolejnym tematem jeszcze trudniejszym, ale powiązanym, jest:
Przepraszanie – tutaj mamy nie dość że wezbraną rzekę, to jeszcze pełną krokodyli. Nie dość że akceptujemy czyjeś emocje, to jeszcze bierzemy na siebie odpowiedzialność. Przeprosiny wymagają odwagi, mam się przyznać do błędu, wyjść z ukrycia, pomachać białą flagą. Powiedzieć głośno: tak, to ja, popełniam błędy, jestem człowiekiem. Przyznaję to w końcu.

To takie uczucie jak w tych snach kiedy nagle orientujemy się że jesteśmy na zatłocznym szkolnym korytarzu, tylko hmmm, jakby nago…
Nic dziwnego że wstyd wtedy łapie nas za gardło a Jego koleżanka duma szepce jadowicie: nie poniżaj się tak, przecież On też ma swoje za uszami, ale to Ty masz przepraszać, daj spokój.
Oczywiście nikt nie lubi zawalać albo kogoś krzywdzić, więc wiadomo, że przepraszanie nie jest ulubioną czynnością nikogo. Jeśli w naszym domu rodzinnym nikt nikogo nie przepraszał, albo nas zmuszano do przeprosin, a kiedy w końcu przepraszaliśmy to mówiono nam:
Tego typu teksty jeszcze bardziej nas zawstydzały więc nic dziwnego że możemy na sam pomysł przeprosin dostawać histerycznej czkawki.
Tylko no właśnie, czy mogę uprawomocnić bez przeprosin? Nie zawsze. Jeśli to ja przyczyniłam się do trudnych emocji (nie ważne że to nie było celowe) to dopóki nie przeproszę to nie będzie uprawomocnienia.
To w sumie też dziwne.
Przecież jak potrące kogoś w sklepie to nie tnę głupa i nie siadam nagle na podłodze udając że właśnie uczę się do egzaminu i to na pewno nie byłam ja. Albo jak się spóźnię do pracy to nie mówię nonszalancko: słuchajcie czas to przecież tylko jakaś umowna koncepcja wymyślona przez fizyków, postanowiłam, że nie będę się nią ograniczać. Jak zepsułam koleżance pożyczoną bluzkę to nie oddaję Jej mówiąc z przekąsem: no dobra ale wiesz że rok temu mi poplamiłaś ulubiony obrus.
No to jest od czapy kompletnie. To dlaczego nagle w stosunku do osoby bliskiej robi się mniej absurdalne i używamy takich karkołomnych strategii.
Najpiękniejsze w przepraszaniu jest to, że kiedy już się na nie zdobędziemy, to nie tylko uzdrawia osobę, którą zraniliśmy, ale uzdrawia też nas samych. Bo przeprosiny zdejmują z duszy ten gniotący ciężar winy i smutku. Nagle czujemy się lżejsi, wolni.
Przepraszając, ofiarowujemy drugiej osobie zrozumienie:
Wiem, że cię zraniłem. Widzę twój ból i przyznaję, że to moja sprawka. Taki dar pozwala innym poczuć się bezpiecznie, być może po raz pierwszy od dawna.
A nam przeprosiny dają siłę i wolność, uczymy się, że nasze błędy nas nie definiują.
Przepraszanie to przypomnienie, że czasem lepiej być „tym, który kocha”, niż „tym, który ma rację”.
Kappas A. (2002). The science of emotion as a multidisciplinary research paradigm. Behavioural processes, 60(2), 85–98. https://doi.org/10.1016/s0376-6357(02)00084-0